Wczorajszego poranka po otwarciu komputera oczom moim ukazał się komunikat, którego dokładnie już nie zacytuję z pamięci, a brzmiał on mniej więcej tak: „błąd...tu luka w pamięci...sprawdź , czy fam, lub gamin jest zainstalowany” Panel lxde się pokazał, ale po tapecie i ikonach pulpitu czarna dziura. Poza tym wszystko inne wydawało się działające. Nie wiem o co chodzi, restart i ...to samo. Sprawdzam pobieżnie w sieci, jednak zbyt pobieżnie, jak się potem okazało. Wpisuję „sudo apt-get install gamin”, dostaję informację zwrotną, „gamin jest już w najnowszej wersji”. Więc myślę, spróbuje tego samego z tym famem. Wpisuje więc następną komendę szybko, bez zastanowienia zatwierdzam i patrzę, jak mi wszystko, co mam poinstalowane wylatuje z dysku z prędkością światła. Po restarcie nie widzę już nic oprócz białych literek na czarnym tle. Nie ma gnome, nie ma lxde, „nic ni ma”. W tym momencie strzela gejzer słów niecenzuralnych. Skąd miałam wiedzieć, że fam to starszy odpowiednik gamina, że jak go zainstaluję to spowoduję przez to usunięcie gamina z zależnościami. Nie była mi ta wiedza potrzebna wcześniej do niczego. Teraz już wiem jak boli „piekło zależności”, co jak do tej pory było dla mnie abstrakcją.
Isadora , wydanie LTS(!) miała wytrzymać do roku 2012 conajmniej, po to sobie człowiek wybiera wersję z wydłużonym wsparciem, żeby raz skonfigurować i nie bawić się w betatestera.
Kiedy wybierałam kilka miesięcy temu mint 9 właśnie ze względu na to wydłużone wsparcie, docierały do mnie jakieś przebąkiwania o przymiarkach do debian-edition, lecz chciałam odczekać, poobserwować, jak się toto spisuje u ludzi. I jaka gwarancja, że tez się nie wysypie przez głupi błąd?
Summa summarum system po naprawie jest, jaki był przed awarią. Tylko naprawianie spustoszeń poczynionych z powodu mojej niewiedzy zajęło kilka godzin zamiast kilku minut. Pewnie niepotrzebnie sformatowałam przy tym partycję systemową, wystarczyłaby chyba reinstalacja bez formatowania. Potem instalacja programów z pakietów zapisanych na dysku trwałaby krócej. Chociaż nie wiem, czy nie byłoby niespodzianki, wolałam odświeżyć katalog. Najdłużej trwało przypominanie sobie co też miałam zainstalowane. A notatki były nader skąpe. Od dziś więc prowadzę coś w rodzaju dziennika pokładowego, ale nie w pliku, tylko w zeszycie. Dobrze, że nie musiałam się jeszcze bawić w konfigurację, nietkniętą na szczęście, bo zapisaną w home.
Linux jest podobno idiotoodporny, ale tylko wtedy, gdy hasło root = luka w pamięci.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Najlepiej mieć oddzielną partycję /home - po ewentualnym formacie tracisz czas "tylko" na zainstalowanie czegoś gdyż konfiguracja zostanie zachowana - łącznie z wyglądem świeżo zainstalowanego systemu, który będzie identyczny, jak ten wcześniejszy. bardzo dobrze, że tak postąpiłaś :)
Inna rzecz, że mogłaś spróbować zainstalowania tego, co wywaliłaś - reinstall to narzędzie ostateczne ;)
Podziwiam twoją skłonność do używania tego, co stabilne, gdyż ja muszę mieć to, co najnowsze inaczej system jest dla mnie nudny :D
Ogólnie blog ciekawy, warto tu zajrzeć.
Dzięki za pierwszy komentarz. A z tą skłonnością do stabilizacji to nie tak do końca. Ostatnio testowałam hurtowo różne menadżery okien. We fluxboksie skonfigurowałam co nieco, łącznie z przezroczystością i własnym menu, ale mi to było za mało i szukałam dalej. Teraz konfiguruję icewm, paskudztwo straszne, ale wygodne i superszybkie. Postaram się w następnym poście coś więcej o tym napisać. I o katowaniu wine programami typu ocr, bo na linuksa nie ma nic porządnego. Jak mój miętusek to wytrzymuje?
IceWM znam - mam to na openSUSE jako awaryjne środowisko i parę razy przydało się, jak za bardzo dałem "czadu" z grzebaniem :D
Twoje eksperymenty to pikuś do tego co ja robię. KDE z innego repo, Qt z innego, ogólnie bałagan straszny ale nie jest źle, bo wszystko działa (na starym Qt nie działał nowy Tlen, po mojej akcji działa).
Sama przyznasz, że im więcej się grzebie, tym system jest bardziej "swój" i lepiej się na nim pracuje :) Ja nie znoszę siedzieć na nie swoim systemie, źle mi się na nim pracuje.
Celem moich eksperymentów jest dopasowanie sobie takiego środowiska, które byłoby wydajne, szybkie i w miarę estetyczne, biorąc pod uwagę parametry mojego sprzętu, który pierwszej mlodości nie jest.
Prześlij komentarz